Dzisiaj kolejny wpis z serii tekstów poświęconych moim wyjazdom zagranicznym, tym razem pisany we współpracy ze Sprachcaffe i z dwoma innymi blogerkami z Klubu Polki. Moje przygody zaczęły się od mojego pierwszego wyjazdu do Niemiec, o którym pisałam tutaj. Moim następnym doświadczeniem międzynarodowym był wyjazd do USA w ramach stypendium naukowego z Uniwersytetu Ekonomicznego w roku 2009. Pisałam już poprzednio, że kiedyś byłam niezmiernie zafascynowana USA, m.in. dlatego, że ten kraj kojarzył mi się z amerykańskimi potęgami marketingowymi 🙂 Mówiłam o tym również w wywiadzie dla amerykańskiej gazety, który możecie znaleźć tutaj.
Odciągałam w czasie wpis o Ameryce, gdyż… przyjechałam do USA z myślą, że to jest kraj moich marzeń. Wyjechałam z przekonaniem, że nim nie jest. Zazwyczaj piszę na blogu o pozytywnych przeżyciach w Niemczech, dlatego pisanie o USA, które mnie osobiście się nie spodobało, jest dla mnie nowością 🙂 Postanowiłam jednak opowiedzieć Wam swoją historię oraz o tym, co sprawiło, że na moim celowniku pojawiły się Niemcy, a nie USA.
Zaznaczam, że to, co ja myślę, to moje przeżycia, moje przemyślenia i moje UOGÓLNIENIA. Każdy człowiek może w inny sposób zinterpretować to, co spotka w USA, i przez to wyrobić sobie inne zdanie. Przy czym atakowanie drugiej osoby, że pisze głupoty, bo przecież „ktoś ma inne doświadczenia (lepsze i ważniejsze)”, jest jedynie oznaką niezrozumienia słowa: „MOJE” przeżycia 🙂 Ogólne opinie funkcjonujące w danym SPOŁECZEŃSTWIE tworzą się na podstawie wspólnych elementów opinii wielu osób. Jest to część WSPÓLNA, a nie ich SUMA, więc zawsze będzie ograniczona i „typowa”, czyli nieodnosząca się do wszystkich 🙂
Zwykle takiego wstępu nie robię, bo uważam, że jest to oczywiste. Po niedawnym spotkaniu z Youtuberami, którzy spotykają się na co dzień z megahejtem, widzę, że ten standardowy tekst jest konieczny, aby nikogo nie obrazić 😉
W tym wpisie zaprezentuję Wam dodatkowo dwie oddzielne opinie dwóch blogerek, które były w USA przez różny okres i w różnych celach, co zawsze w jakimś stopniu implikuje postrzeganie świata dookoła nas. Potem postaram się z tych opinii wybrać parę elementów, które są wspólne, a więc TYPOWE dla USA (w naszym kręgu 3 blogerek). Zaznaczyłam je na niebiesko🙂
Ania, czyli ja
Długość pobytu: 8 miesięcy, cel: stypendium naukowe w Grand Valley State University, kierunek: marketing i zarządzanie.
„Zawsze byłam zafascynowana amerykańską kulturą i językiem. Po części jest to związane z tym, że bajki Disneya niesamowicie mnie inspirowały, mimo iż zaczynały się i kończyły zawsze tak samo – był ktoś zły, był ktoś dobry, ale w końcowym rozrachunku wygrywało dobro. Niby niezbyt ciekawe, ale… miało to w pewnym sensie pewną MAGIĘ.
Z tym przeświadczeniem o wyjątkowości Ameryki przez wiele lat robiłam wszystko, aby się tam dostać. Zadanie było dość trudne, gdyż nikt z bliższej rodziny tam nie mieszkał. Zatem nie było co liczyć na zaproszenie do Ameryki ani na wizę turystyczną (koszty były zbyt wysokie). Na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie już na pierwszym roku studiów zauważyłam, że jest tam oferta stypendium do USA – tylko dla dwóch osób, najlepszych studentów UEK. Dzięki swojemu samozaparciu i dobrej organizacji udało mi się je dostać. Mogłam w końcu pojechać do mojego Disneya.
Mój pierwszy dzień w USA był jednak mało disneyowski. Przyleciałam do Chicago, wsiadłam do taksówki, która miała mnie przewieźć do hotelu, w którym miałam przespać jedną noc i następnego dnia polecieć do Grand Valley State University. Pamiętam słowa taksówkarza, który okazał się Polakiem: „Niech Pani patrzy na tę babkę”. Wskazał na dziewczynę w dużym samochodzie osobowym, która malowała się przed lusterkiem samochodowym, przy okazji jadła śniadanie, rozmawiała przez telefon i zakładała pończochy :)! Wyglądała tak, jakby nie miała czasu zrobić wszystkiego w domu i w pośpiechu robiła to w samochodzie. „Tu jest takie życie. American Dream – pośpiech i fun”. Nie było to dość zachęcające. Ale dobra. Pomyślałam: „OK, ja też dużo pracuję. Może ta Pani nie lubi śniadań i malowania się w domu?”.
Przejechaliśmy przez Chicago. Przyznaję, że patrzyłam na to miasto oczami małej dziewczynki, która szukała Disneya, tego pięknego, kolorowego kraju. Co zobaczyła? Wielkie mosty, brązowo-szarobure, wysokie budynki z rzucającymi się od razu w oczy schodami pożarowymi, znanymi z amerykańskich filmów. Nie widziałam parków. Widziałam jedynie oddzielone od całego miasta pewne „połacie” zielonego obszaru, który jednak był w znaczny sposób odseparowany od szarych budynków. Pomyślałam: „OK, może tak jest tylko w Chicago?”. Niestety nie. Nowy Jork był podobny. Toronto w Kanadzie również, choć… miało już jakąś „duszę”. Nie spodobało mi się.

Dobrze, teraz coś pozytywnego. Pojechałam na Uniwersytet do miasteczka w Grand Rapids w stanie Michigan, gdzie uczyłam się przez następny semestr. Piękny. Piękny kampus, wszystko duże. Kawa na Kampusie – duża, książki – przepięknie ilustrowane. Potem okazało się, że był to jedyny aspekt, który spodobał mi się w USA – KSIĄŻKI Z MAGIĄ. Podobnie duże były samochody studentów, którzy uczestniczyli w zajęciach. Takie „American Pie”, ze znaczną liczbą osób, które na wykłady ubierały się w adidasy oraz dresy. W ogóle nie było dziewczyn na obcasach 🙂 Zajęcia były wysokiej jakości, choć… bardzo praktyczne, a mało teoretyczne. Tak narzekamy w Polsce, że wykłady u nas są teoretyczne. Ale wiecie, że dzięki temu, że znamy teorię, możemy tworzyć kreatywne rozwiązania? Widzimy więcej zależności. Powłoka praktyczna jest niestety dość… powszechna i… każdy może ją wydedukować. Teorię nie każdy zrozumie. I to było widać po Amerykanach na wykładach. Kompletnie gubili się w nowych zadaniach biznesowo-ekonomicznych. Ze standardowymi-rutynowymi i praktycznymi zadaniami dawali sobie radę. Z kreatywnymi, których jeszcze nikt do tej pory nie praktykował, już nie bardzo… Co nie oznacza, że nie ryzykowali, aby zaproponować coś nowego 🙂 Mam wrażenie, że jest tyle świetnych wynalazków amerykańskich, bo… każdy Amerikanin stara się coś wymyśleć, ryzykuje i… niektórym się udaje (a sumując wszystkich, którym się udało, jest ich dużo w porównaniu z europejskimi standardami). Ale czy są bardziej innowacyjni od Polaków? Moim zdaniem – NIE. Mają więcej odwagi. To tak.
Mój zachwyt dotyczący uczelni spadł, jak dowiedziałam się, że Amerykanie muszą za edukację zapłacić – i to nawet biorąc kredyty na całe życie! Przyznaję, że o ile rozumiem płatną edukację, to nie rozumiem, że tyle musi ona kosztować. KATASTROFA! A jakość zajęć wcale nie była dużo wyższa od edukacji w Polsce…
Myślę, że największy szok kulturowy przeżyłam jednak w pierwszym tygodniu, będąc na amerykańskiej uczelni, gdzie najlepsi studenci z Europy mieli się przedstawić przed amerykańskimi studentami i Profesorami. Poproszono każdego z nas, abyśmy wyzbyli się „europejskiej nieśmiałości” i wykrzyczeli na całą salę, że jesteśmy „the best” (oczywiście nie razem, lecz każdy z osobna). Muszę przyznać, że… jedynymi osobami, które nie były w stanie tego zrobić, byłam ja i Nathalie z Niemiec. A jeszcze powiem jedno: druga Polka poradziła sobie z tym zadaniem bez problemu! Z nieśmiałej osoby po 5 minutach stała się osobą skaczącą po całej sali i przekonującą wszystkich, że to ONA jest the best 🙂 Ja z Nathalie stałyśmy tam i patrzyłyśmy na siebie, zastanawiając się, o co im chodzi 🙂 Już wtedy zdałam sobie sprawę, że Disney to utopia. Amerykańskie bycie „the best” jest również utopią. A skoro oni w to wierzą, to inni też w to wierzą. Ja natomiast świetne dogadywałam się z Nathalie, jeszcze wtedy po angielsku. Obydwie stwierdziłyśmy, że owszem – można się reklamować, ale nie powinno się nigdy mówić, że się jest „the best” albo że się jest perfekcyjnym. Jesteśmy ludźmi. „Niemand ist perfekt” – Nikt nie jest perfekcyjny. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że moim „das Traumland” (krajem marzeń) okażą się Niemcy…
Nie powiem, że pobyt w USA był czasem straconym. Był ciekawy i otworzył mi oczy, aby szukać swojego miejsca gdzieś indziej. Poza tym aspektem „utopii amerykańskiej” bawiłam się tam świetnie, gdyż poznałam częściowo amerykański system edukacji i inny, bardziej luzacki sposób na życie. Warto zatem jeździć do takich miejsc, pomimo iż można się zawieść w innych aspektach 🙂 Możliwe również, że nie poznałam tych miejsc, które jednak mogłyby mnie w USA zauroczyć… (podobnie było z Niemcami – Lipsk mnie nie zauroczył, a Monachium już tak). Na pewno chciałabym zwiedzić południowe Stany, gdyż nie miałam niestety okazji ich poznać. A szkoda!”
Agnieszka, blog „Kultura po szwajcarsku”
Długość pobytu: 2 tygodnie, cel: turystyczny, link do wpisu na blogu Agnieszki: „Polskie blogerki o USA”
„Mieszkam w Szwajcarii od 5 lat i póki co nie zamierzam tego zmieniać, jednak jakiś czas temu na tyle pokochałam podróże, że coraz częściej ciągnie mnie do odwiedzania nowych krajów. Dlatego nie wahałam się kiedy pojawiła się możliwość wybrania się na dwa tygodnie do U.S.A. Podróż zaplanowałam wraz z moim chłopakiem, w planach mieliśmy tydzień zwiedzać i tydzień zostać w Los Angeles, gdzie On został wysłany służbowo, a mnie zostało samodzielnie błądzenie po Mieście Aniołów.
Podczas naszego wyjazdu zwiedziliśmy miedzy innymi Los Angeles, Las Vegas, Wielki Kanion, małe miasteczko na trasie Route 66 i Palm Springs. Zachęcam do obejrzenia pięciu vlogów z mojej podróży, pierwszy z nich zobaczycie tutaj.
Zaraz po przyjeździe moja uwagę zwróciła różnica między bogatymi ludźmi, a biednymi, która w U.S.A. jest wręcz porażająca. Sporo biedy, ale też sporo luksusu, dobrych aut i drogich marek. Wysportowane ciała i pięknie ułożone włosy, a tuż obok bezdomni – tak zapamiętam Los Angeles. Spotkałam też sporo ludzi, którzy wciąż czekali na spełnienie swojego American Dream – kierowca autobusu opowiadał mi, że przyjechał z jednego ze środkowych stanów, żeby być tancerzem i zrobić karierę w L.A. Jest tu już 4 lata, ale wciąż ma nadzieję, że mu się uda 🙂 Mnóstwo bezdomnych, to to co rzuciło mi się w oczy. Na tle Szwajcarii, w której bezdomnych z Zurychu mogę policzyć na palcach jednej ręki było to niezłym szokiem… Kolejnym było to, że na tych bezdomnych nikt nie zwraca uwagi. Żebrali pod sklepami, siedzieli na ławkach czytając książki, albo chodzili z wielkimi wózkami i całym dobytkiem swojego życia. Uliczni artyści. Najlepsi w swoim fachu! I w zarabianiu na turystach, których potrafili przekonać do siebie tak, że ci byli szczęśliwi mogąc licytować się kto da im większa sumkę.
Najbliższy sklep, do którego mogłam udać się na nogach mieścił się jakieś 30 minut marszu od mieszkania i nie miał zbyt dobrych jakościowo produktów. Jedyną opcją, aby zdobyć dobry chleb i świeże sery czy wędliny było wybranie się autem do sklepu ze zdrową żywnością i zapłacenie za niego niemal szwajcarskiej ceny. Odległości we wszystkich miejscach, które odwiedziłam też były ogromne. Daleko, wszędzie daleko i wszędzie najlepiej dostać się autem, bo z publicznym transportem jest słabo. Las Vegas Strip robił duże wrażenie pod względem zabudowy – przez cały pobyt można nie oglądać tam światła słonecznego i z jednego hotelu do drugiego przechodzić korytarzami, które łączyły je wewnątrz, a i tam było wszędzie daleko 🙂
Pobyt w U.S.A. wspominam bardzo dobrze. Jechałam tam z myślą poznania nowych miejsc. To prawda, wszystko było większe, wszystko było bardziej, ale też… Nie zawsze znaczy to lepiej 🙂 Z pewnością wrócę do U.S.A., bo zostało mi tam bardzo dużo do zobaczenia. Na mojej liście marzeń jest Nowy Orlean i Nowy Jork, ale inne miejsca też wydają mi się interesujące, tym bardziej, że każdy stan tak bardzo różni się od tego obok, że trudno generalizować i nawet po pobycie w kilku miejscach wypowiedzieć słowa „Wiem dużo o U.S.A.” 🙂

Maja, blog „Life Abroad”
Długość pobytu: 5 lat, cel: prywatny, link do wpisu na blogu również o USA: „Co najbardziej dziwi Europejczyków w USA?”
„Wiele ludzi, zanim pojedzie do Stanów Zjednoczonych ma obraz tego kraju, jak z amerykańskich filmów. A może naczytaliśmy się amerykańskich książek i sądzimy, że wszyscy Amerykanie są lewicującymi intelektualistami. I jest to jakaś prawda o Stanach. Są miejsca, gdzie właśnie tak jest. Ale to taka prawda, jak to, że każdy Polak to 30-latek z wielkiego miasta, który żyje życiem bohatera serialu TVN. Ja przekonałam się o tym brutalnie, gdy podczas mojej pierwszej wizyty w USA wyszłam z pięknego hotelu w Los Angeles i potknęłam się o jakieś worki. Okazało się, że to nie worki, ale bezdomni, śpiący na ulicy. Tylu bezdomnych, co w USA, nie widziała w Europie. Dlaczego? Dlatego, że w USA nie ma zbyt wielu programów społecznych, które by się nimi zajęły. I tu dochodzimy do tematu indywidualizmu, który poruszyłaś. Dla Europejczyków amerykański indywidualizm to kosmos. Nie ma płatnych urlopów macierzyńskich, darmowej służby zdrowia, latarni na wielu ulicach, za studia trzeba płacić. Za to podatki są niższe, więc założenie jest takie, że zamiast płacić do kasy państwa, uzbierasz sobie na to wszystko sam, a jak ci zostanie oddajesz na filantropię. Dla nas taki system jest bardzo dziwny, ale pamiętajmy, że to inna kultura. Skąd to się wzięło? W wielkim uproszczeniu z tego, że kiedy przyjeżdżali tu pierwsi osadnicy z Europy mogli liczyć tylko na siebie. Ja jestem Polką i Europejką, więc bliżej mi do lewicujących Amerykanów. Ale postaram się też znaleźć PLUSY takiego podejścia. Amerykanie naprawdę są bardzo przedsiębiorczy. To nie przypadek, że większość nowoczesnych produktów i pomysłów powstaje w Dolinie Krzemowej. Takiego ducha innowacyjności i wsparcia przedsiębiorczości jak tutaj, nie znajdziesz nigdzie. Tylko dla tego warto tutaj być. To tutaj też są najlepsze uczelnie na świecie, jak Harvard, Yale, Uniwersytet Kalifornijski. Jeśli więc nawet weźmiesz pożyczkę, żeby opłacić naukę, zwróci ci się w kilka lat po uzyskaniu dyplomu, bo będziesz mieć świetną pracę. I to dlatego, Amerykanie bardzo poważnie podchodzą do tematu studiów. Tak jak napisałaś, w wychowaniu jest nacisk na budowanie wysokiej samooceny (co mi się akurat podoba), ale też na wyniki w nauce, sporcie, muzyce (trend, który nazywa się tutaj rodzicami tygrysami). Jak mi się w tym żyje? Szukam plusów i staram się być w takim środowisku, które myśli progresywnie i stara się walczyć z tym, co dobrze byłoby zmienić”.
A jakie są Wasze przeżycia? Czy uda nam się znaleźć jeszcze jakieś typowe cechy USA? 🙂


